Kot po raz kolejny nasikał na kołdrę, ledwo rozpakowaną z pralni... Zdążyłam jeszcze na "świeżo" wytarzać kota w rzeczonej mokrej plamie, wsadzając mu mordę w sam środek i owijając resztą. Trzymając do tego tak, jak zawsze, kiedy jest karcony. Został także strasznie opieprzony i oberwał po ryjku. Potem spędził cały dzień w łazience, bo byłam na uczelni i wolałam, żeby kołdra wyschła, a nie zwilgotniała jeszcze bardziej. O co mu chodzi? Co on z tą kołdrą ma?
Wypadły mu ostatnie mleczaki - jak to jest, kota codziennie miziam, karmię, miętoszę, tulę, a nie zauważyłam u niego szczerb żadnych (czy te nowe kły rosną z prędkością światła?). Plus jest taki, że zamiast paskudnych, cienkich i ostrych igiełek ma teraz grube kły, którymi ciężej mu idzie przecinanie skóry.
Pazury ma przycinane od razu, jak stwierdzę, że są za długie. Leży wtedy jak książę udzielny na biurku, a ja go głaszczę, uspokajam, usypiam, a potem ciach-chach, jeden po drugim pozbywam się narzędzi kocich tortur.
Masochista to jest porworny. W wannie jest kąpany (musiałam go wymyć z tych sików, bo śmierdział), w umywalce płukany - nie, nie jest wyżymany! Suszę go suszarką. Przy każdej kąpieli kot podejmuje jedną próbę opuszczenia pomieszczenia pracowniczego, zatrzymany w połowie drogi sztywnieje od wąsów po koniuszek ogona i staje się uosobieniem biernego oporu. Nie, nie zegnie łap, nie przesunie się, w ogóle nie drgnie. Jest tylko ciężko obrażony. Po kąpieli i suszeniu, na które reaguje już żywiej, ale też jakoś niespecjalnie się stara uciec, przychodzi pora czesania - w suchej umywalce kot jest tarmoszony szczotką w te i wewte. Pełen bardzo puchatej, obrażonej godności idzie się myć w kuchni, bo jak to tak można pachnieć szamponem dla kotów i mieć futerko przyczesane szczotką. Po czym, idiota jeden, ładuje się do umywalki lub wanny z powrotem.
Gryzie M.U.K. albo K., dostaje w łeb, uczy się latać albo zostaje uziemiony silną męską ręką, zwiewa, po czym atakuje ponownie. Jak usłyszy odkurzacz, spieprza za wersalkę albo na okno, po czym, jak tylko odkurzacz przestanie wyć, kot podchodzi na sztywnych łapach i próbuje go pacnąć. A kiedy odkurzacz włączy się przy kociej nieobecności, przylatuje do pokoju, wygina grzbiet i ogon "na wielbłąda" i parska na niego. Wyrzucany z kuchni robi wszystko, żeby wleźć mi pod nogi raz jeszcze, wypraszany z umywalki wraca do niej natychmiast.
Jedyne, od czego ucieka i czego bardzo nie lubi, to zapach mięty - ja też za nim nie przepadam, ale zęby myć trzeba. I jedyną możliwość splunięcia pianą do umywalki daje podsunięcie kotu pod nos szczoteczki - tylko trzeba uważać, bo ją też czasem próbuje pacnąć. Kiedy już zapach do niego dotrze, poparty nieco niewyraźnym (z powodu pełnej piany jamy gębowej) "spieprzaj, dziadu", kot niechętnie opuszcza umywalkę.
Z resztą taka umywalka to fajna rzecz - można z niej pilnować pańci, która się kąpie, najlepiej się w niej poluje na ogon, bo umożliwia kotu stabilne podparcie pod kręgosłup w dziwnych ewolucjach, a jak pańcia wraca do domu, to można się z niej domagać buzi na dzień dobry, kiedy myje ręce.
Po naszej ostatniej kłótni z powodu zasikanej kołdry, kot przez dwa dni chodził jak w zegarku, a jak chciał, żebym na niego zwróciła uwagę, to nie ładował się na mnie po chamsku, tylko szturchał łapką i cichym "miau?" pytał, czy można... Już mu ten savoir vivre przechodzi.
Ostatnio zastanawiam się nad drugim kotem, ale na razie boję się, że mam za małe mieszkanie na taki eksperyment... Finansowo dźwignę, o ile nie będę musiała częściej prać kołder, ale czy te koty się nie pozabijają na 22,5 metra kwadratowego? No i tak naprawdę nie wiem, jak Ildefons by zareagował na towarzystwo... Poza tym to nie może być "jakikolwiek" kot, muszę się w nim zakochać tak samo, jak w Klusku Paskudnym Taboretowym, który teraz śpi obok, tuląc do siebie swoją tylną łapę i czasem oblizując ją przez sen.
komentarze (5) | dodaj komentarz